Horror dla PGE Skry!

297


Lotos Trefl Gdańsk nie przestraszył się mistrza Polski i od początku sprawiał gospodarzom wiele problemów. Podopieczni Miguela Falaski mieli sporo kłopotów z przyjęciem silnej zagrywki rywali. Przy wyniku 5:10 szkoleniowiec bełchatowian poprosił o czas, bo z pewnością nie tak wyobrażał sobie początek tego spotkania. Uwagi Falaski szybko znalazły odzwierciedlenie w przebiegu meczu, bo PGE Skra doprowadziła do remisu 11:11. Bełchatowianie, przede wszystkim za sprawą Nicolasa Marechala, poprawili zagrywkę, a goście mieli coraz więcej problemów z odbiorem. Szybko jednak zażegnali ten chwilowy kryzys. Im bliżej było końca pierwszego seta, tym emocje rosły. Drużyna prowadzona przez Adreę Anastasiego miała już piłkę setową, ale ostatecznie to siatkarze PGE Skry wygrali pierwszą partię. Zakończył ją atomowym serwisem Mariusz Wlazły.

Drugą partię lepiej rozpoczęła PGE Skra, która dzięki dobrej zagrywce Nicolasa Uriarte wyszła na prowadzenie 4:1. Goście bardzo szybko się pozbierali i doprowadzili do stanu 5:5, ale na pierwszą przerwę techniczną to bełchatowianie zeszli przy prowadzeniu 8:5. Po powrocie na boisko na polu zagrywki stanął Wlazły i… przewaga mistrza Polski wzrosła już do pięciu punktów. Gospodarze wcale nie zamierzali zwalniać tempa. Dzięki dobrej grze w bloku Karola Kłosa i Nicolasa Uriarte na tablicy wyników było już 14:7. Bełchatowianie kontrolowali przebieg tego seta, a goście nie potrafili nawiązać wyrównanej walki. W końcówce drugiej partii bohaterem był Andrzej Wrona, który najpierw zaliczył skuteczny blok, a po chwili zakończył podanie od Uriarte. Drugą odsłonę tego meczu PGE Skra wygrała bardzo pewnie i była już o krok od dziesiątego zwycięstwa w PlusLidze.

W trzecim secie obraz gry nie uległ zmianie. To bełchatowianie sprawiali lepsze wrażenie na boisku i utrzymywali dwupunktową przewagę. Po raz kolejny motorem napędowym w szeregach bełchatowian był Mariusz Wlazły. Kapitan PGE Skry nie tylko szalał w ataku, ale również potrafił zablokować rywali. Duży plus należał się także Facundo Conte, który bardzo pewnie czuł się na polu zagrywki. Dzięki jego serwisom lider PlusLigi odskoczył na pięć punktów. Kiedy wydawało się, że już nic nie zatrzyma bełchatowian w drodze po kolejne zwycięstwo nagle coś zaczęło szwankować. Zawodnicy PGE Skry kilka razy pogubili się przy rozegraniu piłki i podarowali gościom drugie "życie". Lotos wyszedł na prowadzenie 22:21 i niespodziewanie zrobiło się w tym secie bardzo gorąco. Końcówka trzeciej partii toczyła się na przewagi i przez dłuższy czas żadna z drużyn nie potrafiła przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Więcej zimnej krwi zachowali jednak siatkarze Lotosu i to nie był koniec emocji w tym meczu.

Od początku czwartego seta do ataku ruszyli bełchatowianie, którzy najwidoczniej chcieli sobie powetować stratę seta. Mocne wejście, prowadzenie 4:1 i… goście znów doszli do głosu obejmując prowadzenie 10:8. Trener Miguel Falasca poprosił o czas, bo siatkarze z Bełchatowa na zbyt wiele zaczęli pozwalać gościom. Przerwa nic nie zmieniła w grze mistrza Polski, a na domiar złego Lotos powiększył przewagę do pięciu punktów. Hiszpański szkoleniowiec szukał koła ratunkowego w postaci Srećko Lisinaca, który po raz pierwszy zameldował się w tym meczu na boisku. Pogoń za rywalem jeszcze bardziej oddaliła się po asie serwisowym Wojciecha Grzyba. Dużo spokoju w grze Lotosu dawał z kolei Mateusz Mika. Goście byli w tym secie w takim gazie, że bełchatowianie nie byli w stanie ich zatrzymać.

W tie-breaku lepsza okazała się PGE Skra, która zatrzymała rozpędzonych gdańszczan i wciąż ma na koncie komplet zwycięstw w tym sezonie!

PGE Skra Bełchatów – Lotos Trefl Gdańsk 3:2 (29:27, 25:19, 28:30, 19:25, 16:14)

PGE Skra: Uriarte, Conte, Wrona, Wlazły, Marechal, Kłos, Tille (libero) oraz  Brdjović, Winiarski, Lisinac, Piechocki, Muzaj.

Lotos: Falaschi, Schwarz, Gawryszewski, Troy, Mika, Grzyb, Gacek (libero)

Źródło: www.skra.pl