GETTO NASZYCH CZASÓW

0
257

 Jakże
surową karę ponosili ludzie za odmienność poglądów, obyczajów, kultur. Nie raz
myśląc o zdarzeniach z czasów II wojny światowej uspokajamy się mówiąc sobie „to
już minęło, teraz jest inaczej, dziś panuje tolerancja, każdy ma prawo do
swojego zdania, wiary, poglądów, nikt nie jest karany za swą inność, dziś nie ma
obozów, w których żyją „ułomni ludzie”.

Czy naprawdę
jest aż tak dobrze?

Jakże inaczej
ten cukierkowy obraz teraźniejszości wygląda z perspektywy np. Domu Opieki
Społecznej. Niepełnosprawni, starzy i schorowani ludzie trafiają tam z rąk
najbliższych. Dzieci „nie mają czasu, siły, warunków” i… najpewniej ochoty, by
opiekować się sparaliżowaną mamą czy babcią, która od czasu wylewu nie mówi.

            Problem ten nie dotyczy
wyłącznie Tomaszowa Mazowieckiego. W każdym mieście jest Dom Opieki Społecznej.
Na Tomaszów przypadają trzy, ale i te już nie wystarczają. Zapotrzebowanie
rośnie. Coraz więcej ludzi czeka aż zwolni się miejsce w którymś z nich, by
wreszcie nie siedzieć „na głowie” rodzinie, dać im odpocząć, nie przeszkadzać.
Czekają na czyjąś śmierć, by przestać być udręką dla najbliższych. Z miłości nie
protestują. A my, jak przystało na kochające dzieci wspieramy ich mówiąc „tam
będzie ci dobrze mamusiu” albo „babciu, tam będziesz miała fachową opiekę”. Ale
tak naprawdę, wypowiadając te słowa składamy zeznania przed największym na
świecie sędzią – samym sobą.

            Ludzie w DOS-ach mają
faktycznie zapewnioną fachową opiekę w postaci posiłku, łóżka, opieki medycznej
itp.

– Mają wszystko czego im potrzeba. Może
czasem brakuje pieniędzy na drobne wydatki, ale przecież bez ciasteczka, czy
soczku pomarańczowego da się żyć – mówi jedna z uśmiechniętych pielęgniarek.

Ale jak długo
można żyć bez miłości, z dala od bliskich?

            Mieszkańcy DOS-ów zazwyczaj
mają rodziny, dzieci, wnuki, ale rzadko się zdarza, że są regularnie odwiedzani.
Jest wielu chorych, którzy nawet święta spędzają w ośrodku.

            Pani Bogusia mieszka w jednym z
takich ośrodków od 5 lat spytana o to czy czuje się tu jak w domu mówi – do tego
miejsca nie da się przyzwyczaić – i dodaje – starych drzew się nie przesadza.

            Staruszkowie często wyglądają
przez okno, czekają na bliskich, z wielkim sercem witają wolontariuszy. Zaledwie
po dwóch, trzech spotkaniach chwalą się pielęgniarce przybraną wnusią. Tak
niewiele trzeba by dać im radość.

Na myśl o takich
spotkaniach przychodzą mi do głowy słowa Stanisława Leszczyńskiego: „Szczęście
leży w uszczęśliwianiu innych”.

A może warto by
sprawdzić wiarygodność tych słów na samym sobie? Na chętnych oczekują życzliwe,
otwarte i potrzebujące serca starszych ludzi. Nie zapominajmy o nich. To oni
przecież ochronili dla nas przeszłość. Nie zapominajmy też o naszej przyszłości.
Któż wie, gdzie przyjdzie mu oczekiwać na ostatnią drogę?