Ponad dwie i pół godziny emocji, siedem obronionych piłek meczowych, zmarnowane własne szanse na skończenie spotkania i ostateczna porażka – nie tak miał się zakończyć dla PGE Skry berliński Final Four.Dla bełchatowian był to ósmy w historii mecz w finałowych turniejach Ligi Mistrzów, ale pod wieloma względami najtrudniejszy. Od bolesnej porażki z Asseco Resovią w półfinale minęło zaledwie 14 godzin, które bełchatowianie musieli poświęcić na odbudowę nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim mentalną. Każdy z dwóch poprzednich meczów o trzecie miejsce oznaczał walkę o poważny sukces, za jaki uznawany był brązowy medal, tym razem typowani przez wielu na zwycięzców Ligi Mistrzów gracze PGE Skry walczyli o pewnego rodzaju nagrodę pocieszenia. A także odzyskanie wiary, że forma, jaką imponowali choćby w meczach z drużynami włoskimi, a której ostatnio brakowało, może wrócić.

Gospodarze takich problemów nie mieli. Przegrany półfinał z Zenitem Kazań mieli niejako wkalkulowany, a po porażce 1:3 usłyszeli więcej słów pochwał za ambitną walkę, niż głosów krytycznych. Na mecz z mistrzem Polski wyszli w pełni zdeterminowani i świadomi, że walczą o największy w historii klubu sukces, jakim byłoby trzecie miejsce w Lidze Mistrzów. Pomagać miało im też ponad 6 tysięcy berlińczyków na trybunach i spiker w hali, który po każdej udanej akcji gospodarzy włączał na pełny regulator głośną muzykę, zachęcającą fanów do jeszcze mocniejszego dopingu. Kilkusetosobowa grupa z Bełchatowa przekrzyczeć Niemców nie była w stanie.

Na szczęście siatkarze PGE Skry byli w stanie dostosować się do tych warunków. Jeszcze w pierwszym secie dominowali gospodarze, ale bełchatowianie powoli odnajdywać właściwy rytm. Bardzo dobrą zmianę dał Wojciech Włodarczyk, który skutecznie zastąpił Nicolasa Marechala i pomógł zespołowi nie tylko w przyjęciu, ale przede wszystkim w ataku. Bełchatowianie zaczęli także podbijać coraz więcej piłek w obronie, przypominając, że jeszcze niedawno doskonała gra w defensywie była ich znakiem rozpoznawczym. Nadal nie mogli jednak uniknąć przestojów w grze – takich jak ten w środkowej fazie drugiego seta, gdy prowadzili 15:10, a po serii potężnych zagrywek Paula Carrolla na przerwę techniczną schodzili z zaledwie dwoma punktami przewagi.  W niedzielę potrafili jednak przetrwać ten kryzys i wysoko wygrać swojego najlepszego seta w tym turnieju.

Bardzo wysokiej skuteczności z drugiego seta (18 skończonych ataków na 28 prób, rywale bez choćby jednego bloku), nie udało się utrzymać w kolejnej partii, gdzie znów przed drugą przerwą techniczną PGE Skra straciła sześć punktów z rzędu, mając ogromne problemy z zakończeniem pierwszej akcji po przyjęciu. Bardzo dobrze broniący, solidni gracze Berlin Recycling potrafili to wykorzystać.

Miguel Falasca szukał najlepszego ustawienia. Na boisku pojawili się Andrzej Wrona i Maciej Muzaj, ale strat z środkowej części seta odrobić się już nie udało. 11 popełnionych przez bełchatowian błędów w tej partii też mówiło samo za siebie.

W czwartym secie PGE Skra zaprezentowała się lepiej, ale i tak doprowadziła do horroru – szybko objęła kilkupunktowe prowadzenie i gdy wydawało się, że musi dojść do tie-breaka, mistrz Polski pozwolił berlińczykom odrobić cztery punkty straty i wyrównać na 20:20! PGE Skra nie była też w stanie wykorzystać dwóch kolejnych piłek setowych i po autowym ataku Facundo Conte na tablicy widniał remis 24:24. Mistrzowie Niemiec, niesieni ogłuszającym dopingiem publiczności, mieli nawet piłkę meczową przy wyniku 26:25, ale więcej zimnej krwi w końcówce zachowali bełchatowianie i po skutecznym ataku Andrzeja Wrony w hali przez pewien czas słychać było tylko Polaków.  

Horror trwał w ostatnim secie, w którym Berlin Recycling prowadził nawet 9:4 po serii imponujących obron i skutecznych kontrataków. Walcząca tego dnia z rywalami i własnymi słabościami PGE Skra po raz kolejny zaczęła odrabiać straty, a trzy punktowe bloki pozwoliły zmniejszyć straty do zaledwie jednego punktu (9:10). Bełchatowianie obronili piłkę meczową przy wyniku 12:14, a o tym, czy będzie remis, czy mecz się skończy decydował challenge – gdy okazało się, że De Marchi atakował w aut, mistrz Polski raz jeszcze wrócił do gry. Potem bełchatowianie obronili trzy kolejne piłki meczowe, by wreszcie po bloku na Carrollu, na 18:17, mieć pierwszą swoją szansę, by zakończyć mecz. Potem mieli jeszcze dwie, ale po autowym ataku Wlazłego znów, już po raz siódmy, musieli bronić meczbola. Za ósmym razem już się nie udało, bo potężnej zagrywki De Marchiego nie przyjął Ferdinand Tille.

  

 
 
Ten horror nie miał happy endu, za swoją wolę walki i ambicję bełchatowianie tym razem nagrody nie dostali.

PGE Skra – Berlin Recycling 2:3 (21:25, 25:19, 20:25, 28:26, 21:23)

PGE Skra: Uriarte, Conte, Kłos, Wlazły, Marechal, Lisinac, Tille (libero), Piechocki (libero) oraz Brdjović, Włodarczyk, Wrona, Muzaj. Trener: Miguel Falasca.

Berlin Recycling: K. Shoji, Touzinsky, Kmet, Carroll, Kromm, Bontje, E. Shoji (libero) oraz Krystof, Kuehner, De Marchi, Duennes. Trener: Mark Lebedew.

Więcej informacji na naszym specjalnym koncie na FACEBOOKU poświęconemu Final Four w Berlinie.

Patronem medialnym pobytu PGE Skry Bełchatów w Berlinie jest dziennikberlinski.de

Źródło: www.skra.pl