Śmierć Generałów – Wrzesień 1939 r.

0
127

Autor: Skansen Rzeki Pilicy

W pamiętnym Wrześniu 1939 r. oprócz dziesiątków tysięcy szeregowych żołnierzy, zginęło również kilkuset oficerów, w tym kilku generałów, zarówno po stronie polskiej jak i niemieckiej.

Pierwszym generałem, który zginął w kampanii wrześniowej był, zastrzelony w dniu 10 września 1939 r. w potyczce po Dębą, generał SS Wilhelm Roettig. Wydarzenia te związane były z sytuacją na froncie po ciężkich walkach w dniach 5-6 września między Piotrkowem Tryb. a Tomaszowem Maz. Po wycofaniu się głównych sił polskich na wschód w stronę Wisły, na tyłach wojsk niemieckich, w lasach nad Pilicą, znalazło się zgrupowanie kilku oddziałów pod dowództwem ppłk. dypl. Jana Kruk-Śmigli. Był on dowódcą 85 pułku piechoty należącego do 19 dyw. piechoty w składzie armii odwodowej „Prusy”. Dowódca zgrupowania postanowił przed wycofaniem się na Warszawę zadać nieprzyjacielowi jak największe straty. Polskie oddziały uderzyły w dniach 9-10 września na niemieckie kolumny transportowe i oddziały w Inowłodzu oraz Rzeczycy, zadając wrogowi znaczące straty.

Największy sukces przypadł żołnierzom drużyny z I batalionu 77 pułku piechoty Strzelców Kowieńskich z Lidy, którzy w potyczce pod Dębą (między Opocznem a Inowłodzem) w dniu 10 września 1939 r. zastrzelili generała SS Wilhelma Roettiga – inspektora generalnego żandarmerii i dowódcę policji porządkowej na terenie działania niemieckiej 10 armii. Był to pierwszy generał, który poległ w trakcie II wojny światowej. Gen. Roettig po spotkaniu z Adolfem Hitlerem w Końskich jechał przez Opoczno do Tomaszowa Maz. Nieopodal wsi Dęba jego limuzyna marki Horch, w której oprócz generała jechało jeszcze dwóch oficerów i kierowca, natknęła się na oddział żołnierzy polskich osłaniających postój 77 pułku piechoty, przy drodze prowadzącej na Inowłódz (między wsiami Kraśnica i Dęba), pod dowództwem kpr. pchor. Władysława Dawgierta. Wywiązała się walka w trakcie której zastrzelony został gen. Wilhelm Roettig i jego kierowca. Niestety poległ również Władysław Dawgiert, zastrzelony prawdopodobnie przez generała Roettiga. Dwaj towarzyszący generałowi oficerowie niemieccy, chociaż ranni, zdołali uciec z pola walki. Po jakimś czasie pojawiła się ciężarówka z żandarmami niemieckimi, która została ostrzelana i obrzucona granatami przez żołnierzy polskich. Kilku Niemców zostało zabitych a pozostali uciekli. Władysław Dawgiert pochowany został po krzyżem nieopodal wsi Dęba.

Żołnierze polscy dopiero po przeszukaniu auta odkryli, że zastrzelony oficer miał stopień generała. Został on pochowany przez Polaków w miejscu ich obozowania a samochód spalony. Dopiero następnego dnia, 11 września, Niemcy dotarli do wraku samochodu przeczesując jednocześnie okoliczne lasy. Wtedy zginęli dwaj inni polscy żołnierze Władysław Mackiewicz i Józef Bartos. W 1945 roku zostali oni ekshumowani i razem z Władysławem Dawgiertem pochowani na cmentarzu w Kraśnicy. Niemcy powołali specjalną komisję śledczą badającą okoliczności śmierci gen. Roettiga i przez wiele dni szukali jego ciała. Licząc się z możliwością nie odnalezienia generała, zdecydowano się symbolicznie potraktować jako szczątki obydwu zastrzelonych zwęglone ciało kierowcy. Najpierw we Wrocławiu a później w Berlinie odbyły się uroczystości związane z pogrzebem gen. Roettiga. Ostatecznie urnę z prochami pochowano na cmentarzu w Gerze. Gdy Niemcy odnaleźli pod koniec września ciało generała, zostało ono skremowane i pochowane bez rozgłosu w tym samym grobie rodzinnym.

Pokłosiem zastrzelenia generała Roettiga i kilku żołnierzy niemieckich były krwawe wydarzenia w Końskich. W dniu 12 września zmuszono kilkudziesięciu miejscowych Żydów do kopania grobów dla niemieckich żołnierzy, którzy zginęli pod Dębą. Część z nich zostało następnie zastrzelona. Następnego dnia, w odwecie za śmierć generała SS, Niemcy rozstrzelali również ok. 20 aresztowanych z różnych przyczyn zakładników.

Drugim niemieckim generałem poległym w trakcie kampanii wrześniowej był Werner von Fritsch. Do 1938 roku piastował on stanowisko naczelnego dowódcy niemieckich wojsk lądowych – Wehrmachtu. Ponieważ sprzeciwiał się wojennym planom Adolfa Hitlera, popadł w niełaskę i na podstawie sfabrykowanych przez Himmlera dowodów, został zmuszony do dymisji. Chociaż koleżeński sąd wojskowy oczyścił go całkowicie z zarzutów, nigdy nie odzyskał dawnej pozycji. Na wojnę z Polską pojechał jako „honorowy dowódca” 12. Pułku Artylerii.

Historycy do dzisiaj nie są zgodni co do okoliczności śmierci gen. von Fritscha. Według oficjalnej wersji w dniu 22 września, podczas walk w okolicach Warszawy, kula z polskiego karabinu maszynowego rozerwała mu arterię udową i generał zmarł w wyniku upływu krwi. Istnieje hipoteza według której, będąc, w wyniku fałszywych oskarżeń i wynikającej z nich dymisji, w złej kondycji psychicznej, odmówił pomocy lekarskiej i wykrwawił się na śmierć.

W trakcie wojny obronnej w 1939 r. zginęło również pięciu polskich generałów, w tym czterech od kul niemieckich. Natomiast gen. Józef Olszyna – Wilczyński został zamordowany przez żołnierzy sowieckich po uderzeniu 17 września Związku Radzieckiego na walczącą z Niemcami Polskę. Ten „cios w plecy”, zadany zgodnie z ustaleniami paktu Ribentropp-Mołotow, uniemożliwił realizację planów dalszej walki na tzw. przedmościu rumuńskim.

We wrześniu 1939 r. gen. Józef Olszyna – Wilczyński dowodził Grupą Operacyjną „Grodno”. Po wkroczeniu Sowietów i otrzymaniu rozkazu rozwiązania oddziałów oraz przekroczeniu granicy litewskiej, przebywał w Sopoćkiniach pod Grodnem. W dniu 22 września nad ranem wyruszył autem prowadzonym przez szofera, wraz z żoną – Alfredą Olszyną-Wilczyńską i adiutantem – kapitanem artylerii Mieczysławem Strzemeskim w kierunku granicy litewskiej. Po kilku minutach jazdy samochód został zatrzymany przez radzieckie czołgi w Nowikach. Pasażerów samochodu ograbiono i rozdzielono – żonę generała i szofera zamknięto w stodole, natomiast generała Olszynę-Wilczyńskiego i kapitana Strzemeskiego odprowadzono na bok i zamordowano. Obaj zostali zastrzeleni tzw. strzałem katyńskim – z broni krótkiej w tył głowy. Z relacji żony generała wiadomo, że ciała obu mężczyzn były zmasakrowane. Z dokumentów odnalezionych w latach 90. przez prof. Tomasza Strzembosza wynika, że to właśnie gen. Olszyna-Wiczyński wydał pierwsze rozkazy do walki podziemnej na Grodzieńszczyźnie i Białostocczyźnie. Co więcej, to właśnie gen. Olszyna już 17 września 1939 r. delegował ppłk. Franciszka Ślęczka ps. Krak i innych oficerów tzw. dywersji pozafrontowej do organizacji oddziałów konspiracyjnych. Mogiła gen. Wilczyńskiego znajduje się w miejscowości Sopoćkinie, parafia Teolin, koło Grodna, a symboliczna na cmentarzu salwatorskim w Krakowie.

Generała Józefa Rudolfa Kustronia wojna zastała w Bielsku-Białej, gdzie dowodził 21. Dywizją Piechoty Górskiej. Początkowo pułki 21. DPG dzielnie opierały się niemieckiej nawale, ale wieczorem 2 września, kiedy już nie można było utrzymać pozycji, gen. Kustroń dostał rozkaz wycofania się za Sołę. I tak, przez Skawinę, Bochnię, Kolbuszową, w ciągłych potyczkach z przeważającymi siłami niemieckimi, 21. DPG dotarła pod Biłgoraj. Nie mogła przedzierać się dalej, ponieważ niemieckie oddziały skutecznie odcięły zgromadzone nad rzeką Tanwią polskie wojska i zaryglowały im drogę na Lwów. W dniu 16 września o świcie niemiecki pierścień zamknął się ostatecznie wokół dywizji. Oddziały, usiłując się przebić, stoczyły zaciekłą walkę pod Oleszycami z przeważającymi siłami niemieckiej 45 Dywizji Piechoty.

Gen. Kustroń odrzucił propozycję przedarcia się ze sztabem na zachód i postanowił zostać ze swoimi żołnierzami do końca. Na czele oddziału w sile 200 żołnierzy i z grupką około 30 oficerów, gen. Kustroń ruszył przeciwko Niemcom i wtedy 16 września w lesie między Koziejówką a Ułazowem trafiły go pociski z niemieckiego cekaemu, w wyniku czego umarł w otoczeniu swoich żołnierzy. Został pochowany na polu bitwy, a w 1953 roku jego grób przeniesiono do Nowego Sącza.

Generał Stanisław Grzmot-Skotnicki od 1937 roku dowodził Pomorską Brygadą Kawalerii, z którą wziął udział w październiku 1938 roku w zajęciu Zaolzia. Natomiast 25 sierpnia 1939 roku został dowódcą nowo utworzonej Grupy Operacyjnej „Czersk”, stanowiącej część Armii „Pomorze”. Po ciężkich walkach jednostka wycofywała się wieczorem 1 września znad granicy na pozycję obrony stałej na Brdzie koło Rytla. Wobec groźby odcięcia odwrotu przez oddziały niemieckie, gen. Grzmot-Skotnicki nakazał 18 pułkowi ułanów przeprowadzenie przeciwuderzenia na niemiecką piechotę. Szarża dwóch szwadronów pod Krojantami zaskoczyła Niemców, którzy wycofali się, co umożliwiło przejście polskiej piechoty nad Brdę. Z szarżą pod Krojantami łączą się mity przedstawiające polskich ułanów pędzących z białą bronią na czołgi. W rzeczywistości szarża miała na celu zaatakowanie piechoty, a pojawienie się niemieckich wozów pancernych całkowicie zaskoczyło polską kawalerię i spowodowało duże straty.

Już 2 września Niemcy po rozbiciu polskiej 27 DP, odcięli GO „Czersk” od głównych sił Armii „Pomorze”. W tej sytuacji gen. Grzmot wydał rozkaz przebijania się na południe w kierunku na Świecie, gdzie szykowano przeprawę przez Wisłę. W wyniku odwrotu jednostki GO „Czersk” uległy rozproszeniu, a sam gen. Skotnicki przebił się ze swoim sztabem do Bydgoszczy. Po połączeniu ocalałych oddziałów Armii „Pomorze” z Armią „Poznań”, 8 września gen. Skotnicki otrzymał od gen. Kutrzeby dowództwo nad Grupą Kawalerii, złożoną z Podolskiej Brygady Kawalerii, resztek Pomorskiej BK oraz 7 batalionu strzelców. Grupa gen. Skotnickiego miała za zadanie osłaniać od zachodu atak gen. Knolla-Kownackiego na Stryków, będący częścią polskiego zwrotu zaczepnego znad Bzury.

Po ciężkich walkach oddziały gen. Skotnickiego, na które 16 września poszło główne niemieckie natarcie, wycofały się w nieładzie, a sam generał dotarł 18 września do Radziwiłłowa koło Tułowic wraz ze swym sztabem oraz kilkuset żołnierzami. Osobiście prowadził natarcie piechoty, która bagnetami i granatami torowała sobie drogę do Puszczy Kampinowskiej. Drogę zastąpili im Niemcy, którzy otworzyli ogień i wtedy gen. Stanisław Grzmot -Skotnicki otrzymał postrzał w lewą nogę oraz podbrzusze w wyniku czego zmarł. Pochowany został w miejscu zgonu, ekshumowany w 1952 i przeniesiony na Cmentarz Wojskowy na Powązkach w Warszawie.

W kampanii wrześniowej szlak bojowy gen. Mikołaja Bołtucia wiódł z Torunia przez pola bitewne na Pomorzu i nad Bzurą a zakończył się tragicznie w Łomiankach pod Warszawą. Gen. Bołtuć dowodził Grupą Operacyjną „Wschód” w składzie Armii „Pomorze”. Formacja ta miała za zadanie bronić przed Niemcami północnych rubieży Polski i działała wzdłuż rzeki Osy. Tutaj, nad Osą i w rejonie Mełna, po stoczeniu czterodniowych walk obronnych, zmuszona została pod naporem niemieckim do odwrotu w kierunku na Włocławek i Kutno. Dalej GO gen. Bołtucia i inne oddziały Armii „Pomorze” zmierzały w stronę Bzury, aby tam połączyć się z Armią „Poznań”. 11 września dotarł wraz z powierzonymi mu siłami w rejon bitwy nad Bzurą. W ciężkich walkach zajął Łowicz ale 14 września wobec nadciągających niemieckich jednostek pancernych, musiał się wycofać. Po przełomie 16 września w bitwie nad Bzurą i okrążeniu większości polskich oddziałów, pozostał tylko odwrót w stronę Warszawy. Ale żeby tego dokonać, należało przedrzeć się przez pierścień wojsk niemieckich. I tego manewru spróbował gen. Bołtuć, który 18 września kontratakiem na Brochów (między Sochaczewem a Wyszogrodem) chciał sobie otworzyć drogę do Warszawy przez Puszczę Kampinoską, co mu się nie udało.

Ostatecznie jednak zdołał wyrwać się z kotła nad Bzurą i dotrzeć do Modlina. Ponieważ przepełniona twierdza Modlin nie mogła przyjąć jego żołnierzy, zdecydował się na brawurowy marsz na odsiecz Warszawy, docierając po wielu walkach do Palmir. Stąd zdecydował się 22 września na atak pozycji niemieckich w Łomiankach. Jednak mimo wielkiego heroizmu i poświęcenia żołnierzy, wobec miażdżącej przewagi niemieckiej, Polacy otoczeni musieli ulec, i większość z nich zginęła, podobnie jak ich dowódca gen. Bołtuć, prowadzący osobiście tyralierę żołnierzy do ataku „na bagnety”. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

W sierpniu 1939 gen. Franciszek Wład objął dowództwo 14. Wielkopolskiej Dywizji Piechoty w składzie Armii „Poznań”. Wybuch wojny zastał tę Dywizję na osłonowych pozycjach Poznania, a następnie rubieży linii Kruszwica-Warta. W nocy z 2 na 3 września 1939 r. jej oddziały przerzucono w okolice Swarzędza.

Od 3 do 9 września 14. Dywizja Piechoty przemieszczała się na wschód. Dnia 9 września generał Wład otrzymał rozkaz uderzenia po osi Piątek–Stryków – w składzie grupy operacyjnej gen. Edmunda Knolla-Kownackiego. To właśnie tam 14 Dywizja rozpoczęła swój udział w bitwie nad Bzurą. Po ciężkich walkach w dniu 17 września 1939 roku oddziały 14. Dywizji odeszły w kierunku północnym na Iłów–Budy Stare. Na tymczasowym miejscu postoju dowództwa dywizji w rejonie Bud Grabskich generał Wład wydał następujący rozkaz: „Nie jestem w stanie w wytworzonych warunkach skoncentrować dywizji i dowodzić całością. Rozkazuję dowódcom pułków przejść przez Bzurę w rejon Witkowic i przebijać się przez pierścień otaczającego nieprzyjaciela na Puszczę Kampinoską i dalej na Warszawę”.

Następnie generał na czele jednej z grup, złożonej ze sztabu dywizji i z resztek dwóch batalionów 58 Pułku Piechoty, wyruszył nad Bzurę, aby sforsować rzekę nocą. Okazało się to jednak niewykonalne. W dniu 18 września generał Wład znajdował się na wysuniętej pozycji w punkcie obserwacyjnym, gdzie trafił go odłamek pocisku. Ciężko rannego generała przewieziono do gajówki w Januszewie. Tam jeszcze przytomny, mimo ciężkiej rany, poprosił kapelana o spowiedź. Generał brygady Franciszek Wład spoczywa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Przed śmiercią zdążył jeszcze napisać list do żony: „Myślę o Tobie, Polsce się poświęcam. Chowaj naszego syna na dzielnego Polaka. Spowiadałem się. Frank”.

Cześć i chwała polskim bohaterom!