Autor bestsellerowych kryminałów po raz pierwszy publikuje powieść dla dzieci!

144

Stary dom, sekret skrywany od lat i wakacje spędzone na poszukiwaniach skarbu! Od tej detektywistycznej przygody nie oderwiecie się z dziećmi ani przez chwilę!

Michał Kuźmiński, autor bestsellerowych etnokryminałów, dziejących się w różnych rejonach Polski, debiutuje z wciągająca i mądrą powieścią dla dzieci! Tym razem zaprasza małych i dużych czytelników na Dolny Śląsk – region, gdzie wiele tajemnic ciągle czeka na odkrycie.

Na Dolnym Śląsku w każdym domu jest ukryty skarb. Mówią tak wszyscy, którzy tam mieszkają. Szkoda tylko, że stary poniemiecki dom wujostwa, w którym Dorota i Daniel muszą spędzić wakacje, wygląda, jakby skrywał jedynie kłęby kurzu.

Gdy w środku nocy dochodzi do włamania, Dorota rozpoczyna własne śledztwo. Szybko wpada na trop tajemnicy sprzed lat i razem z bratem odkrywają, że nawet ten nudny dom kryje w swoich murach niejedną zagadkę. 

Czy Dorota i Daniel dowiedzą się, po co ktoś włamał się do domu, skoro niczego nie ukradł? Kto tak naprawdę jest złodziejem czasu? I czy legendy o skarbach są prawdziwe?

Razem z Dorotą i Danielem odkryjecie największy skarb tego lata! 

Fot. Grażyna Makara

MICHAŁ KUŹMIŃSKI to krakowski pisarz, dziennikarz i podcaster. Wspólnie z Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską tworzy powieści kryminalne, w których na jaw wychodzą najgłębiej skrywane sekrety. Na podstawie jednej z nich – „Ślebody” – powstał serial. Złodziej czasu to jego pierwsza powieść dla dzieci.

KILKA SŁÓW OD AUTORA:

Skąd pomysł na napisanie książki dla dzieci?

Pomysł na książkę o odkrywaniu pewnego wyjątkowego skarbu nosiłem już od dawna – urodził się w zupełnie innym miejscu, starym dworze szlacheckim, gdzie miały się odbywać warsztaty historyczne dla dzieci, na które miałem przygotować scenariusz. Warsztaty się nie odbyły, a ja zostałem z pomysłem jak Himilsbach z angielskim. Obudowywałem go w swojej głowie kolejnymi detalami z różnych miejsc, począwszy od zabytkowej, XVIII-wiecznej cukiernicy-szkatułki z domu moich Teściów, po olbrzymi, poniemiecki dom w Maciejowcu, gdzie zatrzymaliśmy się z Gosią, podczas wyprawy na dokumentację do „Ruin”. 

Dlaczego to właśnie Dolny Śląsk jest miejscem akcji tej powieści?

Zakochaliśmy się z Gosią w Dolnym Śląsku przygotowując się do pisania naszej ostatniej powieści – „Ruiny”. Odkryliśmy go jako region o nieopowiedzianej do końca historii, zmagający się z zerwaną gwałtownie tożsamością i z lękiem przed uznaniem go za własny przez nowych mieszkańców. To napięcie, widoczne w każdym wystającym spod tynku napisie szwabachą, sypiącym się pruskim murze, w tych warstwach historii wyłaniających się czasem spod świeżej farby, jest dla pisarza wysokoenergetycznym paliwem. Opowieści o ludzkich losach związanych z rozstaniem, zerwaniem, pamięcią i niepamięcią, z tym co wyparte i tajemnicze, w dodatku rzucone na tło wielkich procesów dziejowych, aż proszą się o napisanie. A Dolny Śląsk jest ich pełen.

Dobra książka dla dzieci – to czysta rozrywka, przygoda, czy edukacja?

Dobra książka nigdy nie jest „czystą rozrywką”, zwłaszcza książka dla dzieci. I nie chodzi o żadne „walory edukacyjne” czy „pedagogiczne”. Książka to doświadczenie empatii, przeżycia przygody, opowieści, wspólnie z bohaterami. Książka sprawia, że sami stajemy się częścią zawartej w niej opowieści. Książka w nas zostaje.

Dużo jest w „Złodzieju czasu” inspiracji moimi dziecięcymi lekturami, choć oczywiście głęboko literacko przetworzonymi, i chyba nie potrafiłbym już sam wskazać ich dokładnie. Może Dorota i Daniel to Staś i Nel a’rebours, a może pobrzmiewa tu raczej „Szatan z siódmej klasy”, bohaterowie Niziurskiego czy Tomek Wilmowski? Ważne dla mnie było to, żeby napisać tę książkę swoim językiem, nie uproszczonym czy sztucznie ufajnionym.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Obudził ją dziwny dźwięk.

Dobiegał zza okna. Przeciągły, ptasi, gulgoczący.

Brzmiał jak alarm.

Dorota otworzyła powieki. Z początku wszystko – światło, ściana, zapach pościeli – wydawało się zwyczajne. Zaspana jedenastolatka jeszcze nie do końca rozumiała, co jest nie tak. Zamrugała, rozejrzała się powoli. Okno było gdzie indziej niż zwykle. Ściana przed nią nie była beżowa, tylko biała i jakby trochę krzywa. Wysoko pod sufitem biegła wtopiona w nią drewniana belka – prawie czarna i chropowata ze starości. Światło też padało jakoś inaczej. Pod oknem stała staroświecka komoda, a na niej – kilka nudnych na pierwszy rzut oka książek o białych grzbietach. Okno też było inne: dzieliło się na sześć kwadratowych kwater i zamiast rolety w kwiatki wisiała w nim koronkowa firanka. Delikatnie powiewała pod wpływem  powietrza wpadającego przez uchyloną szybę. A to powietrze też pachniało zupełnie inaczej. Czymś wilgotnym i zielonym, jak po koszeniu trawy.

Dziewczynka nadstawiła ucha. Nie było słychać samochodów z dwupasmówki ani kosiarek, a zza drzwi nie dobiegały dźwięki telewizora włączonego na kanale informacyjnym, który przed wyjściem do pracy oglądał tata. Było po prostu bardzo cicho.

Coś nieprzyjemnie ukłuło ją w żołądku, serce zabiło jej mocniej.

Była w nowym miejscu.

I wtedy zza okna znów dobiegł ten przenikliwy dźwięk, który dziewczynka znała z bajek i filmików na YouTubie, ale którego jeszcze nigdy nie słyszała na żywo. Uniosła się na łokciach i zmarszczyła brwi. Przecież tak pieje kogut!

Co to za dom? – pomyślała ze ściśniętym gardłem.

– Daniel? – zawołała i odwróciła się tam, gdzie spodziewała się zobaczyć młodszego brata. Ale jego łóżko było puste, pościel leżała rozkopana. – Mamo…?

Wszystko zaczęło jej się powoli układać w głowie. No tak, przecież mama i tata wczoraj wieczorem wyjechali. A ją i Daniela zostawili w tym obcym domu na końcu świata. Dorota schowała się po czubek nosa pod kołdrą i zaczęła rozmyślać o tym, skąd się tu wzięła.