Spotkanie autorskie z Edwardem Wójciakiem

350

Jak wyglądały u Pana początki pisania?

Pisałem w życiu różne rzeczy. Nie pokazywałem je nikomu, bo wstydziłem się, bałem się. Pewnego dnia torontońska „Gazeta”, ogłosiła konkurs literacki na opowiadania. Wysłałem im dwa opowiadania i wygrałem ten konkurs. Gazeta zaprosiła mnie do współpracy. Zacząłem do nich pisać. Od tego czasu, co napisze, to jest drukowane. Zaczęli mi mówić, ze potrafię to robić, że mam talent. Wówczas ta książka, która cały czas nosiłem w głowie zaczęła powstawać na papierze. Mowa jest o „Zupie z Króla”.

Czy w powieści „Zupa z Króla – Ballada o kochaniu”, możemy dopatrzeć się wątków autobiograficznych?

Wątki biograficzne występują, ale są zakamuflowane, albo urozmaicone. Najłatwiej jest pisać o sobie. Każdy autor, mimo, że nie chce tego, ucieka od swojej autobiografii czy ją kamufluje, to zawsze się go tam znajdzie. Chciałbym jednak podkreślić, że to nie jest książka o mnie. Jeżeli w postaci głównego bohatera jest cząstka mnie, to zarówno jest i moich przyjaciół, znajomych czy kogoś obcego.

Czy tworzy Pan powieści, biorąc pod uwagę upodobania i wymagania dzisiejszego czytelnika?

Przykro mi bardzo, będę szczery, nie piszę „pod czytelnika”, pisze tak jak ja chcę. Zarzucano mi, że powinienem pewne teksty wygładzić. Np. w mojej powieści jest piękny opis przyrody, a potem następuje coś okropnego, nieprzyjemnego. Ale ja tak lubię. Celowo używam takich zbitek słownych. Trzymam się swojego zamysłu redaktorskiego.

Przepis na dobrą książkę?

Myślę, że zdecydowanie potrzebne jest doświadczenie życiowe.

Co Pan poradziłby młodym Tomaszowianom, którzy swoje własne teksty chowają po kątach? Jak oni mają się wypromować? Zwłaszcza, gdy może ciążyć nad nimi kompleks małego miasteczka.

Należy pokazywać swoje tekstu, komu się da, pokazywać najbliższym. Nie bać się pisać do czasopism. Sporo gazet przyjmuje takie debiutanckie próby. Trzeba sobie samemu „dać kopa”. Bez automobilizacji nie osiągnie się nic. Nie myślę, że trzeba mieszkać w Warszawie, żeby być dobrym pisarzem, czy reżyserem. Wiele spraw zależy od przypadku. Przypadkiem można spotkać kogoś, kto się zainteresuje Twoim wierszem czy powieścią. Im więcej się ludzi zna, im więcej się pokazuje wytworów swojej sztuki, wtedy wytwarza się taka siatka kontaktów, która może zaowocować wydaniem Twojego utworu.

Czy uważa się Pan za dobrego pisarza?

Myślę, że umiem pisać. Jestem pewny, że potrafię napisać wszystko. Jak się biorę za reportaż to robie dobry reportaż. Jeżeli piszę wywiad, musi to być dobry wywiad.

Jak rysują się Pana plany twórcze?

Przed kilkoma dniami skończyłem korektę autorską swojej czwartej książki „Idę się bać, zaraz wracam”. Zamierzam ją wydać. Chciałbym również napisać powieść kryminalną, której akcję zamieszczę w Polsce i Kanadzie. Mimo, że rodzina namawia mnie do napisania sagi rodzinnej, to nie mogę tego zrobić, gdyż mam za dużą wyobraźnię. Jestem skazany niejako na beletrystykę.

W jaki sposób zachęciłby Pan mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego, aby sięgnęli po Pana książki?

Są to najlepsze współczesne książki. Można znaleźć w nich prawdziwe życie, pełnokrwiste postaci, nietuzinkowe zdarzenia. Charakteryzuje je lekkość stylu, przez co dobrze się je czyta.


Czy zamierza się Pan spotkać z czytelnikami w naszym mieście, podczas obecnej wizyty w Polsce?

Mam przewidziane spotkanie 28 marca w Galerii Arkady o godzinie 18.00. Będę wówczas chciał pokazać czytelnikom nagrodę, jaką otrzymam, czyli Złotą Sowę. Jest to nagroda prestiżowa, polonijna, przyznawana przez redakcję pisma polonijnego JUPITER. Chciałbym również opowiedzieć o swoich planach. Miałem zamiar pokazać swoją nową książkę, ale obawiam się, że nie uda mi się tego dokonać.

Dziękujemy za rozmowę.