Widziane z Toronto 8

0
245
Opowiadanie, fragment nowej powieści Edwarda Wójciaka „Szakale”, której druk w odcinkach rozpoczyna polonijne pismo „Gazeta” Toronto. Jak się można domyślać, powieść będzie bardzo tomaszowska. Tym samym kończymy cykl „Widziane z Toronto” na łamach portalu www.tomaszow.pl  

Słowo od autora: „. Przyczyna jest prosta –  wracam do kraju, więc przestanę patrzeć na moje miasto z perspektywy Toronto. Nie pisałem tych artykułów z nudów. Pytanie, co autor miał na myśli, nie jest tutaj na miejscu. Przecież nie ma tam żadnych ukrytych niuansów, prawda zaś jest tak oczywista, że broni się sama. Myli się ten, kto pomyślał,  że ośmieliła mnie odległość, jaka mnie dzieliła od Tomaszowa. Pomysł był uzgodniony z redakcją tego portalu przed wyjazdem z kraju, i zakładał, żeby spokojnie, bo z dystansu, wypowiedzieć się w sposób szczery na temat moich odczuć i spostrzeżeń z terenu miasta, dotyczących zjawisk, nastrojów i ludzi. Kto mnie zna i już mnie wcześniej ocenił, nic sobie z tego nie zrobi, a już na pewno nie weźmie do siebie. Tak zwani przeciwnicy jak byli, tak nimi pozostaną, a nie mam zamiaru pozyskiwać sobie ich jako zwolenników, bo niby po co. Nie zależy mi za bardzo na popularności, choć może ktoś fałszywie pomyśleć, że się świadomie wychylam dla autoreklamy. Taki sposób myślenia jest niestety typowy dla niektórych sfrustrowanych członków małych społeczności. Nie mam też aspiracji, żeby naprawiać rzeczywistość. Jestem człowiekiem mało stadnym, cenię sobie niezależność poglądów, wypowiedzi i wolność  osobistą, dlatego niechętnie angażuję się w członkostwo w grupach czy organizacjach. Nie  wyrzucam sobie, że nazwałem niektóre rzeczy po imieniu. Jestem przeciwnikiem pruderii i nietolerancji, nie lubię nikomu się podlizywać. Jeśli z powodu tych publikacji straciłem przychylność paru cenionych przeze mnie osób, mam nadzieję, że jest to chwilowe jako wynik błędnego odczytania niektórych sformułowań i zawartych w nich intencji. Nie miałem zamiaru nikogo obrazić.

                        

*

POSUCHA

Najstarsi mieszkańcy nie pamiętali gorętszego lata. Było to w  1965 roku, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, a ma już do tego prawo. Połowa lipca, a nie padało od marca. Miasto zasnęło. Drzemało i w dzień, i w nocy. Tęskne wycie syren fabryk włókienniczych rozbudzało odrętwiałe od żaru mózgi ludzkie, jednak nie na długo. Robotnicy bez większego entuzjazmu pchali swoje rowery po rozprażonych, obłożonych byle jak kocimi łbami uliczkach. Po pracy przemykali nimi jak upiory, by znikać kolejno w rozgrzanych klatkach domostw. Nieliczne wtedy samochody, Warszawy i Syrenki, zwane jak leci taksówkami, stały w garażach. Należały do ludzi na stanowiskach. Tylko oni mogli się takimi cudami techniki poruszać. A nie poruszali się. Nie zamierzali wszak ugotować się w tych rozgrzanych jak patelnie puszkach z solidnej, polakierowanej blachy. Na postoju prawdziwych taksówek również było pustawo. Tylko jeden, najbardziej optymistycznie nastawiony, a zarazem wytrwały, młody taksówkarz nudził się, przykucnięty w  podcieniach końskiej jatki zamienionej na warzywniak. Dalej, pod czujnym okiem spiżowego Naczelnika Kościuszki, w okolicach solidnego budynku straży pożarnej z czerwonej cegły, przy ręcznej pompie, na składanym krzesełku drzemał sprzedawca benzyny. Nawet ruch na rynku podśmierdującym końskimi odchodami zamarł. Sprzedawcy zbijali się w grupki, ćmili papierosy, a jeśli już nawet wymieniali zdawkowe komentarze, to dotyczyły one tylko i wyłącznie jednego tematu.

Deszcz. Słowo odmieniane we wszystkich przypadkach, wraz  z towarzyszącymi obiegowymi określeniami: upragniony, cudowny, zbawczy, rzęsisty, ledwie mżący kapuśniaczek, ulewny, obfity, i im podobnymi. Co odważniejsi w zawziętej determinacji decydowali się nawet na oberwanie chmury, a ci najzuchwalsi przywoływali do powrotu jedyną na przestrzeni stuleci trąbę powietrzną, jaka przed niewielu laty nawiedziła położoną niedaleko Rawę Mazowiecką.  Byli tacy, co pod koniec każdego gnuśnego dnia zapowiadali cud odmiany już od jutra. Daremnie. Nawiedzeni sceptycy ogłaszali koniec świata, uważając suszę za dopust boży, słusznie zesłany na ziemię jako kara za grzechy ludzkie. Jakby sam fakt egzystencji na tym świecie, w tym ustroju, i w takim grajdołku, nie był wystarczającą, a na dodatek niezasłużoną karą.

Za to kościoły były oblegane. Głównie przez kobiety z dziećmi. Dzieciarnia gromadziła się nad rzeczką. Tak, nad rzeczką, bo tylko beztroski optymizm właściwy dzieciom, pozwalał nadal jeszcze nazywać rzeką te coraz mizerniejsze zasoby wody, leniwie pchane siłą, chyba tylko przyzwyczajenia, wzdłuż podeschłego koryta Pilicy, od źródła do ujścia. Nad tą rzeczką w porach poprzedzających główne kościelnych nabożeństwa, odbywały się łapanki na młodych mieszkańców miasteczka. Każdy, kto dał się złapać, zabierany był bez pardonu, tarmoszony za uszy, ciągnięty siłą do świątyni każdego dnia, by w jak najliczniejszym gronie wznosić poprzez wysoko sklepione łuki prosto ku niebiosom, modlitwę o deszcz. Niewiele to pomagało, a właściwie – nic nie pomagało.

W lewej bocznej nawie kościoła świętego Antoniego, przyparty do pustego konfesjonału przez tłum rozwrzeszczanej gawiedzi, przycupnął niepozorny młodzieniec. Ubrany w niebieską koszulę w białe paski, zbyt dużą dla niego, i w wypchane na kolanach cajgowe spodnie, poruszał ustami, lecz nie wyśpiewywał wraz z innymi w sam raz pasującej do okoliczności pieśni „Boże coś Polskę”. Poruszał ustami, ale tylko po to, by śpiewanie markować. Jego duże, tak ciemnoniebieskie, że prawie granatowe oczy, wykonywały samodzielną akcję obserwacji otoczenia, co przy nieruchomej głowie i kamiennym wyrazie twarzy wyglądało co najmniej śmiesznie. Ale nikt przecież nie zwracał na niego uwagi.

Nagle tłum zafalował. Wierni usiłowali paść na kolana, co nie było sprawą łatwą do wykonania z powodu potwornego zagęszczenia. Młodzian nawet nie drgnął. Dalej stał oparty niedbale o drewniany konfesjonał, tylko że teraz miał dla siebie więcej miejsca, szczególnie od kolan w górę.

Szyja nabrała ruchów. Głowa obróciła się na niej zwinnie. Widać w końcu zogniskował obiekt poszukiwań, bowiem bezlitośnie depcząc i roztrącając rozmodlonych, rozpoczął czynność energicznego przebijania się w kierunku szeroko rozwartych wrót kościoła. Wystawił szczupłą głowę. Żar pulsował, zwijał się, widoczny gołym okiem jak  wolno rozpuszczający się cukier w cienkiej herbatce. – Znowu nic nie wymodliłem – pomyślał szyderczo.

– Jesteś, nareszcie! – silnym klepnięciem przez tłustawe plecy przywitał osobnika niewiele starszego od siebie, za to o głowę niższego.

– Cześć Szczupak! – ryknął Pulpet. Wątpię. Wątpię w to, że nareszcie. To ciebie nie było tam, gdzie miałeś czekać. Wątpię, więc myślę, myślę – więc jestem. No właśnie, ty jesteś, ja jestem. No to co robimy? – zapytał,  przybliżając jajo swojej wielkiej głowy do wystrzyżonej przy samej skórze zgrabnej główki Szczupaka.

– Sytuacja jest taka – nadawał dalej. – Ależ posucha! Pić się chce – wysapał,  wycierając spocone czoło wierzchem dłoni. Nie mamy ani jednej chwili do stracenia, chłopaki.

– Amerykę odkryłeś. Jakie chłopaki? Chłopaki to u szewca Pluty drewniane szpilki prostują, grubasie. Poza tym tu nas jak na razie dwóch.

– No i co z tego. Ale jesteśmy chłopakami,

– Jak tak dalej pójdzie, jak na razie nie idzie, to zestarzejemy się pod tym kościołem. I po chłopakach będzie.

– Nie jest źle, a będzie lepiej. Co robimy?

– Jak to, co robimy. Lecimy na piwo.

Leniwie spuszczali się w dół ulicy Warszawskiej. Piwo można było dostać w kilku miejscach po tej stronie szerokiej ulicy. Najbliżej, bo zaraz za pompą był Okrąglak. Kilka kroków dalej, w dole, na lekkim łuku, panoszył się kompleks chyba najdziwniejszych rozrywkowych przybytków świata. Zaraz za krawężnikiem stały drewniane altanki, trochę w prawo wąski i długi, drewniany, skąpo oszklony budyneczek, zwany Tramwajem. W samym dole osiadła duża, typowa knajpa, nazwana przez bywalców Dołkiem. Dopiero dalej, już za mostem na Wolbórce, w solidnej jednopiętrowej kamienicy mieściła się porządna, prawdziwa restauracja o wdzięcznej nazwie Jagódka. No tak, tylko że chłopakom chciało się pić już teraz oraz bardzo. Okrąglak był najbliżej.

Była to opasła, zielona buda w której sprzedawano piwo. Wielkie, stulitrowe, dębowe beki panoszyły się na jej tyłach. Od frontu oblężona była gęsto przez kilkunastu osobników płci męskiej w rozmaitym wieku. Dopchać się chłopakom do z lekka zadaszonego, srebrzystego szynkwasu było tak samo niełatwo, jak przedtem do kościelnego konfesjonału. Spoceni koneserzy browara nie po to pilnowali prawidłowości działania kolejki, by dopuszczać intruzów do rogu obfitości.

– Idziemy do Jagódki – mruknął Szczupak. Przy tym wodopoju i do wieczora nas nie napoją.

– Poczkaj, poczkaj, coś się tutaj zaczyna dziać. Szykuje się jakaś jasełka – wysapał Pulpet, szarpiąc kolegę za rękaw koszuli.

Oczekiwanie na niemożliwe, czyli na fakt pojawienia się deszczowej chmury na rozpalonym niebie, z pewnością graniczyłoby tego dnia z cudem wielkim. Nieważne, kto w cuda wierzył, kto nie, jednak prawdopodobieństwo ziszczenia się ludzkich pragnień dotyczących nawodnienia gleby, jakkolwiek kiepskie, jednak istniało. Ale tego, co zdarzył się przed tą budką z piwem,  nie spodziewał się nikt. Bowiem stał się cud objawiony, a  nieliczni żywi świadkowie tego zdarzenia, jeszcze po latach kilkudziesięciu opowiadają sobie o tym z rozrzewnieniem godnym lepszej sprawy. Ale wtedy dla nich ta właśnie a nie inna sprawa, była najznakomitszej wagi. Przykazanie: spragnionych napoić, w tym najgorętszym tego lata dniu – zostało wykonane.

Okrągły jak jabłuszko łysawy człowieczek w marynarce w niebiesko-białą kratę, żółtej koszuli i w przykrótkich spodniach koloru zielonego, energicznie przepychał się do lady. Nie zwracając uwagi na gwałtowne protesty, połączone z kpinami na temat niezwykłego wyglądu, nie dawał za wygraną. Jednak na jeden metr przed celem musiał zatrzymać się przed murem rozkrzyżowanych ramion dwóch dryblasów, prawem kaduka pilnujących kolejki.

– Dalej dziadku nie pójdziesz – syknął ten wyższy.

– Wynocha, cyrkowa małpo – wrzasnął ten o cal niższy.

– A założymy się? – zapytał człowieczek, i wrzucił na twarz grymas, jaki z powodzeniem można by było nazwać wyrazem głęboko skrywanej tajemnicy.

– Nie ma co się zakładać, spadaj lebiego! – poradził mu wyższy. Ale to już!

Człowiek odskoczył na mały kroczek, podniósł ku górze obie krótkie rączki i zawył głosem, o posiadanie jakiego nikt z obecnych nie próbowałby go nawet posądzić:

– Stawiam po piwie dla całej kolejki!

Gwar ucichł jak ucięty fińskim nożem. Cisza się stała, grobowa jakby. Rozkrzyżowane ręce cerberów opadły jak niepotrzebne i zawisły w beznadziejnym zwisie, kołysząc się siłą bezwładu. Wykorzystał to kraciasty dżentelmen, podbiegł do lady, i ryknął triumfalnym basem w kierunku zaskoczonej Mańki-sprzedawczyni:

– Po kuflu dla wszystkich, ino migiem!

Każdy kto znał choć trochę Mańkę wiedział dobrze, że żartować z nią nie ma najmniejszego sensu, choćby dlatego, że na żartach się nie znała, jak mało kto. Była bowiem uosobieniem powagi, ba! – słynęła z zaciętości, obnoszonej niezmiennie na ponurej męskiej gębie, ozdobionej mchem czarniawego zarostu. Potrafiła z kamienną twarzą przylać każdemu chłopu, który sobie raczył z niej zażartować. Mało tego. Stali bywalcy budki z piwem nawet nie próbowali opowiadać przy niej dowcipów, jako że Mańka najczęściej nie rozumiejąc zawiłości mało wyrafinowanych point, zdarzało się, na wszelki wypadek lała na odlew w twarz. A dopiero później pytała: no i z czego tu się było śmiać? W opisywanym przypadku ten odruch warunkowy już-już miał się skonkretyzować, kiedy uniesiona do zadania ciosu dłoń wielkości średniego bochenka zawisła w przysłowiowej próżni. Ujrzała Mańka bowiem coś takiego, co poraziło jej malutkie niby guziczki oczęta, prawie tak, jak niespodziewany grom z czyściutkiego nieba by poraził, gdyby zaistniał. Nic takiego się jednak nie stało. To, co zobaczyła w tłuściutkich dłoniach pana w marynarce w biało-niebieską kratkę, miało kto wie, czy nie większą od gromu siłę rażenia. Był to po prostu solidny zwitek zielonych banknotów, prezentujących obrazki kilku nieżyjących już prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Tak, ten pan nie żartował. Tylko mina mu trochę jakby stężała. Widać nabrał jeszcze większej pewności siebie, kiedy swobodnym głosem wydawał polecenie:

– Dla każdego po kuflu, paniusiu, dali jazda. Tylko po jednym – zaznaczył głosem nie nawykłym do sprzeciwu. Po czym odwrócił się niedbałym ruchem frontem ku  gawiedzi i zakończył:

– Nawet nie próbować oszukiwać. Nie wolno podchodzić drugi raz. Pan Walter stawia wszystkim, taki ma gest, ale tylko po jednym kuflu. No!

Z rozchylonych ust Mańki popłynęła strużka przezroczystej śliny, oczka wbiły się w dolary jak oczy węża hipnotyzujące królika. Jęknęła krowim głosem, poprawiła brudny czepek, zawirowała w dziwnym pląsie niczym kulka rulety i wyszeptała:

– A chociaż prawdziwe uny sum?

– Najprawdziwsze, prosto z banka Pekao – zaśmiał się pan Walter zarozumiale. Na co pani jeszcze czeka? – zapytał zadziornie i począł mocować się z czarnym futerałem dyndającym na długim pasku, zwieszającym się z ramienia. Delikatnymi ruchami tłuściutkich dłoni wyłuskał zeń matową bryłę amatorskiej kamery filmowej.

– Kamerował będzie, fiut jeden –  stwierdził ktoś donośnym szeptem, a zdanie to potoczyło się dalej, przenoszone z wysuszonych nie tylko z powodu upału ust: kamerował będzie.

– To tylko tak, tylko na pamiątkę. No, pokażę kolesiom z Chicago, jak piją piwko chłopaki z mojego Tomaszowa – pochwalił się patriotyzmem.

– Te, Amerykan – wypad stąd, pókim dobry – krzyknął ktoś z tłumu niepewnym głosem. Ale zaraz został zakrzyczany.

– Jak chce, niech stawia. – Jak mu to sprawia przyjemność, niech nawet kameruje. – Chyba nieszkodliwy wariat. – No niech ma radochę, nam się chce pić, jemu się chce postawić. – Co w tym złego, że sobie pokameruje trochę? – A niech tam, krzywdy nie mamy. – No dobra, gdzie to piwo?

Nikt nie wiedział, jakim sposobem wiadomość o wariacie, który przy Okrąglaku rozdaje piwo, poszła w wymarłe od upału miasto. Nie minęło pięć minut, jak wokół zrobiło się czarno od napływających zewsząd spragnionych. Tylko czubek zielonej budy mógł teraz świadczyć o tym, że mimo wszystko sterczy tam jakiś kiosk z piwem. Nie było widać, za to słychać było trzeszczenie jego marnych posad, ledwie wytrzymujących naciskający tłum chętnych do darmowej biesiady.

Chyba tylko jakiemuś cudowi fundator zawdzięczał ocalenie życia. Albo bardziej Mańce, która siłą wciągnęła go do środka budy. Stał teraz zadyszany, spocony, lecz zadowolony. Już zasysał wianuszek piany ze skrzętnie podsuniętego przez bufetową wielkiego kufla.

– Dobre toto, paniusiu – wychlipał. I zimne, i mokre – dodał.

– No i panie, coś pan najlepszego narobił! – jęknęła Mańka, nie nadążająca z nalewaniem piwa dla napierających ludzi. A co ja teraz zrobię! –  zawyła jak przekupa na targu. Beczka się kończy, a widzisz pan, co się tutaj dzieje?

– To zamów pani następną, na co pani jeszcze czekasz? Albo lepiej, od razu dwie – zaśmiał się człowieczek. Wytarł wierzchem dłoni mokre usta i zabrał się do filmowania tłumu. Widać było, że jest z siebie zadowolony, a może więcej nawet – że jest z siebie dumny.

Kobieta nie zastanawiała się długo.

– Kto na ochotnika? – Tylko się nie pchać! Wy dwaj, do was mówię. Polecita do browaru zamówić dwie beki piwa. No, spokojnie, mówię! – krzyknęła gniewnie. – No wy, możeta być wy – skinęła głową w kierunku przedzierających się do szynkwasu młodzieńców. Mata tu po kuflu, wypijta i lećta.  

Wyróżnieni wcisnęli się do budy, a ona wręczyła im ociekające pianą gratisowe kufle. I swoim grubym głosem udzieliła instruktażu, w jaki sposób mają załatwić zamówienie w browarze.

– Świat jest piękny – rozmarzył się Pulpet i puścił oko do Szczupaka. Zawsze mówiłem że tutaj da się żyć!

– Nie mówiłeś. Nawet całkiem coś innego zawsze mówiłeś. Zachód zawsze chwaliłeś. Że Amerykanie lepsi od Ruskich, bredziłeś. Ale to prawda. Susza – suszą, ale Tomaszów jest cool.