„Maksymiuk. Koncert na dwoje” seans z cyklu Kultura Dostępna 19.09.2019

0
256

Jerzego Maksymiuka nie da się nie lubić, nie podziwiać. Jest legendą, i to legendą za życia. Mam wrażenie, że Maksymiuka znam od dziecka, że od dziecka mi towarzyszył – był zawsze. W utrwaleniu tego poczucia pomogły na pewno liczne programy telewizyjne z jego udziałem. Za słusznie minionych czasów, jeżeli chodzi o telewizyjną ramówkę, wybór nie był wprawdzie wielki, tylko dwa kanały do wyboru, ale często łapię się na tym, że ówczesna skromna teleoferta była o wiele ciekawsza od dzisiejszej, kiedy programów jest wprawdzie kilkadziesiąt, ale ja w zasadzie nigdy nie jestem w stanie trafić na coś co mogłoby mnie zainteresować. Maksymiuk w tamtych czasach opowiadał w telewizji o muzyce poważnej jak nikt przed nim (i po nim). Znakomicie uzupełniał się z wytwornym Bogusławem Kaczyńskim i złośliwym Jerzym Waldorffem. Sam miał inny charakter. Niesforny, dygresyjny, w ciągłym ruchu. Muzyka ewidentnie uszczęśliwiała kompozytora i dyrygenta, ale uszczęśliwiała również nas, widzów. Wzruszenie przetrwało lata.

Przypomniałem sobie o tym wszystkim, oglądając nowy dokument cenionego przeze mnie filmowca, Tomasza Drozdowicza – „Maksymiuk. Koncert na dwoje”. Pomimo upływu lat, dyrygent zupełnie się nie zmienił, zachował w sobie dziecięcą miłość do muzyki, do sztuki, także autoironiczny stosunek do samego siebie. Oto Maksymiuk dygresyjny, z rzadka posępny, wypowiadający się nonszalancko o światowej karierze dyrygenckiej i z pewnym rozczarowaniem o niespełnionej karierze kompozytorskiej. Wielkie wrażenie robią sceny perfekcyjnie podpatrzone przez operatora, Andrzeja Wojciechowskiego, w których z bliska oglądamy twarz maestro podczas koncertów. Pewność każdego ruchu, każdego tiku, bystre, głębokie  spojrzenie, wielka charyzma, wielka siła. Ale w dokumencie Drozdowicza otrzymujemy bardziej wielowymiarowy portret Jerzego Maksymiuka – dyrygent od kulis, podczas prób, spotkań z przyjaciółmi, Maksymiuk na koncercie, u krawca, w domu. Przede wszystkim w domu.

Tytułowy „Koncert na dwoje” to bowiem partytura filmowa rozpisana na dwie osoby. Nie tylko kompozytor, ale również jego muza, żona Ewa. Chociaż mówi niewiele, pełni w dokumencie  funkcję zasadniczą. Porządkuje życie męża. Pomiędzy scenami dowcipnymi, anegdotycznymi, kiedy bohaterowi filmu urywają się wątki, a rozmarzenie przechodzi w nonszalancję, pojawiają się sceny prawdziwej czułości: rodzinnej i małżeńskiej, a film o muzyku staje się dokumentem o związku dwojga ludzi. Trudnym, jak każdy związek, wymagającym kompromisów, odpowiedzialności jednej osoby za drugą, wiecznego wysiłku o to, żeby było dobrze. I to jest właśnie miłość…

Łukasz Maciejewski